niedziela, 27 listopada 2016

Wiosna, lato, jesień, zima oraz terapia ręki.


Znowu jesień. Łapki zrobiły długotrwałą wysiadkę, ale jakos nie moge zdecydowac się na randewu z amerykańskim chirurgiem. Nadęte z nich bubki (aczkolwiek dopiero z jednym się widziałam 5 długich latek temu, i to z niego właśnie był nadęty bubek...) i opróżniają człowiekowi portfel...

Ciężko obierać kartofle i marchewkę, ciężko zapinać guziki, lepić pierogi. Ciężko pisać na kompie, że już nie wspomnę o robieniu czegokolwiek na szydełku!!

Ale jak pomyśle o sześciu ( conajmniej ) tygodniach rekonwalescencji, to mi się odechciewa podejmowania odważnych decyzji. Na noc zakładam sobie terapeutyczne rekawice, ćwiczę i rozciągam oraz zapobiegam zanikowi mięsni kciuka grajac na instrumentach muzycznych oraz zajmujac sie kuchnią, ogródkiem i praca zarobkową :))))

Ha! Nie ma to jak praca zarobkowa, nawet super nieskomplikowana i marnie płatna. Minionego lata uplynniłam stary ciężki kajak na garaż sejlu (garage sale-wystawia sie przed chatę niepotrzebne sprzęty i sprzedaje zainteresowanym po niewygórowanych cenach) i zakupiłam nowy, zieloniutki jak szpinaczek lub jarmużyk! Leciutki jest ( w miarę ) i wchodzi do samochodu w całości, więc nie musimy z Drogim Mężem niszczyć kręgosłupów wrzucając go na dach.
O, proszę jaki milusi kajaczek:


A tu właśnie zaryliśmy nie tyle w piach, co w bobrową tamę.

Oczywiscie wiosłowanie na kajaku to tez terapia ręki :)))
















Wiosna, lato oraz jesień na wodzie:





Zima jest troche oszukana, bo to było w zeszłym roku. Mam już portki z neoprenu!

wtorek, 10 listopada 2015

Listopad

Jesień doszła. Przymrozki wykończyły bazylię i szczypiorek na amen. Halołinowe dynie spleśniały i zamieniły się w smętne placki. Na szpadlu wyniosłam je do śmieci, odwracajac dziób w drugą strone aby nie widzieć i nie czuć. Na chodniku została tylko mokra plama....

Na szydełko nie ma czasu, albowiem włączyłam się w szeregi klasy pracujacej. Fizycznie na dodatek, i za stanową płacę minimalną!
Pakuję klientom siaty w supermarkecie oraz pilnuję porządku na parkingu i przyprowadzam do sklepu zakupowe wózki. Praca to nieskomplikowana, niezbyt ciężka i całkowicie niestresująca.
No, może nie całkowicie. Raz zapakowałam klientce gruszki. Machnęłam siatką, ażeby zręcznie umieścić ją w wózku-a tam-dziura na pięść! Gruchy wystrzeliły jak z procy, dobrze, że nie klientce w łeb!!

Za oknem leje i leje. A w niedzielę było jeszcze babie lato. Liście pospadały i wiatr je wywiał, ale słonko przygrzewało pięknie przez cały dzień. Młodzież pojechała sobie z górki na pazurki na rowerach a my stare pierniki dalejże do wioseł.
Mamy bowiem nową jednostkę pływającą! Dmuchana deska SUP, na której się stoi i wiosłuje, jako ten gondolier w Wenecji.

Tu, dwa tygodnie wcześniej, nie stoję, albowiem wieje wiatr i zaburza moje poczucie równowagi. Nie mam również portek z neoprenu, wskutek czego marznie mi zadek.



 A tu już stoję i cykam foty na prawo i lewo. To co widać, to oczywiście przód deski. 


Jelenie u wodopoju, niestety, uciekły.


Czapla odfrunęła.


Ale za to selfi sobie zrobiłam! I nawet nie widać jaki mam czerwony nochal od
zimna i słońca!



Słońce świeci a woda jest spokojna, prawie jak lustro. W krzakach kryją się nieliczni wędkarze, ale nie ma co do nich podpływać i straszyć im ryb.





Udało się nie wpaść do wody. Chętnie sobie zresztą powpadam, ale w maju a nie w listopadzie!