sobota, 2 listopada 2013

Pangolin Zilla imieniem Bob

Najmłodszy Krasnoludek napisał kiedyś ( wspaniale zresztą ilustrowane) opowiadanie o stworze będacym jednocześnie łuskownikiem (które to zwierzę po angielsku zwie się pangolin) i czymś na kształt Godzilli. Było to w zeszłym roku, w trzeciej klasie. Mieli bardzo fajną panią, która ciagle wymyślała im nienudne zadania domowe.Z tego co pamiętam, Pangolin Zilla wzięła udział w konkursie pożerania różnych rzeczy i prześcignęła nawet superżarłoczne termity.

 



No i pewnego dnia znalazłam w lesie..szyszkę! To ci dopiero znalezisko :))))) Wskutek czego doznałam nagłego ataku natchnienia i zostałam Doktorem (a raczej Doktórką, ha!) Frankensztajn i wykonałam z owej szyszki oraz z  fragmentów materii nieożywionej naszą własną, domową wersję Pangolin Zilli. Ma już oczy, żyje! Ale nie może się ruszać, bo klej jeszcze nie zaseschł.












No dobra, można już stwora postawić na łapach.

I poprosić Wawrzyńca, żeby go czymś poczęstował, ciasteczkiem owsianym na ten przykład.













Acha! Dobre, z rodzynkami!!















Może lubi warzywa na surowo?



Najmniejszy Krasnoludek stwierdził, że ta Pangolin Zilla jest chłopakiem i ma na imię Bob.

Zaraz postawimy go do spania-takie stwory śpią na stojąco.
Tu w ciemnym kątku na półce z książkami będzie mu dobrze.


Jakby ktoś chciał...

...to może sobie po polsku poszydełkować, o TUTAJ.

Mam nadzieję,ze żadnych głupot nie popisałam i nie pomyliłam półsłupka z półgłówkiem czy tam czym innym.