No i pewnego dnia znalazłam w lesie..szyszkę! To ci dopiero znalezisko :))))) Wskutek czego doznałam nagłego ataku natchnienia i zostałam Doktorem (a raczej Doktórką, ha!) Frankensztajn i wykonałam z owej szyszki oraz z fragmentów materii nieożywionej naszą własną, domową wersję Pangolin Zilli. Ma już oczy, żyje! Ale nie może się ruszać, bo klej jeszcze nie zaseschł.
No dobra, można już stwora postawić na łapach.
I poprosić Wawrzyńca, żeby go czymś poczęstował, ciasteczkiem owsianym na ten przykład.
Acha! Dobre, z rodzynkami!!
Może lubi warzywa na surowo?
Najmniejszy Krasnoludek stwierdził, że ta Pangolin Zilla jest chłopakiem i ma na imię Bob.
Zaraz postawimy go do spania-takie stwory śpią na stojąco.
Tu w ciemnym kątku na półce z książkami będzie mu dobrze.

